Kiedy mówimy o zapożyczeniach z innych języków, najczęściej
przychodzą nam na myśl anglicyzmy lub słówka z łaciny, niemieckiego
lub francuskiego. Język szwedzki nie słynie raczej z dostarczania wielu pojęć, przenikających poza Skandynawię (choć wyjątkiem mógłby tu być ombudsman). W ostatnim jednak czasie popularność skandynawskiego podejścia do życia, a także działalność szwedzkiej aktywistki na rzecz
klimatu Grety Thunberg, zaowocowała międzynarodową karierą szwedzkiego słówka flygskam i kryjącej się za nim istnej lawiny szwedzkich wstydów.

Nowości w języku szwedzkim

Flygskam samo w sobie jest młodym słowem. Zaczęło rozpowszechniać się w języku szwedzkim w 2017 roku, choć na liście neologizmów znalazło się dopiero rok później. Dosłownie oznacza ono wstyd latania, konkretnie zaś wstyd z obciążenia, jakie latanie stanowi dla środowiska.
Szwecja należy do tych krajów, w których dużo uwagi poświęca się wpływowi człowieka na środowisko. Naturalne wydaje się więc to, że rozgorzała tam dyskusja na temat tego jak właściwie podróże Szwedów
oddziałują na przyrodę. A skoro wyliczono, że samoloty produkują sporo dwutlenku węgla, loty samolotem stały się wrogiem środowiska, a co za tym idzie i szwedzkiego społeczeństwa, lub przynajmniej jego części.

Nie oznacza to oczywiście, że nagle cały naród postanowił zrezygnować z latania. Niemniej jednak kariera flygskam zainicjowała społeczne rozliczanie się z życiowych wyborów i ich wpływ na postępującą degradację środowiska. A temu publicznemu rachunkowi sumienia zaczęły towarzyszyć różne ciekawe pojęcia.

Po której stronie stanąć?

W związku z tym, że latanie stało się nagle czymś wstydliwym i budzącym dezaprobatę, zmniejszyła się również skłonność ludzi do chwalenia się podróżami lotniczymi. Można wręcz powiedzieć, że ludzie zaczęli latać w ukryciu, innymi słowy smygflyga.
W taki sposób latanie już oficjalnie stało się obiektem społecznej stygmatyzacji. A że jakoś przemieszczać się trzeba, konieczne okazało się wskazanie mniej szkodliwego dla środowiska alternatywnego środka transportu. W taki sposób narodziło się hasło tågskryt, czyli chwalenie się jeżdżeniem pociągiem.
Nic w tym dziwnego. Pociągi okazały się zdecydowanie mniej uciążliwe dla środowiska. Dzięki temu zyskały potencjał nie tylko do tego, by ograniczać zanieczyszczenie powietrza, ale w równej mierze i do tego, by stać się doskonałym wsparciem dla reputacji w tak wrażliwym na dobro natury świecie.

Na tym jednak szwedzka dyskusja na temat wpływu naszych wyborów na środowisko się jeszcze nie kończy. W tym roku zwrócono bowiem uwagę na kolejne powody do odczucia wstydu wobec cierpiącej na ludzkiej działalności przyrody. Odpowiedzialnością za zanieczyszczenie środowiska zaczęto obarczać już nie tylko osoby latające samolotami, ale również pływające statkami (båtskam). W szczególności zaś osoby spędzające wakacje na wodzie przy okazji różnego rodzaju rejsów (kryssningsskam). Przy okazji warto wspomnieć o wstydzie spowodowanym jeżdżeniem samochodem (bilskam), który w dzisiejszych czasach stał się już niemal czymś oczywistym. W końcu, mało który ludzki wynalazek był w ostatnim czasie tak często krytykowany jak samochód właśnie.

Wydawać by się mogło, że limit istniejących środków transportu, z których korzystanie może przyprawić nas o wyrzuty sumienia lub przynajmniej krytykę z zewnątrz został już wyczerpany. Nowe szwedzkie wstydy nie ograniczają się jednak do środków transportu i sięgają coraz głębiej do najróżniejszych sfer naszego życia. Nasza dieta na przykład również może oddziaływać na środowisko w różny sposób. Czy nie warto się zastanowić nad tym, jak na środowisko wpływa jedzenie mięsa? Okazuje się, że i ono ma w tej sytuacji wystarczający potencjał, by wywoływać w nas kolejny rodzaj wstydu, köttskam. A niektórzy idą i jeszcze dalej…

To jeszcze nie koniec – To dopiero początek


Rok 2019 przyniósł w szwedzkiej debacie dość kontrowersyjne hasło flerbarnsskam, a więc wstyd posiadania kilkorga dzieci. Skoro zarówno latanie, jak i pływanie czy produkcja mięsa są domenami działalności człowieka, to i zakładanie dużych rodzin może zostać potraktowane jako wkład w potencjalną dalszą degradację środowiska.


Czas pokaże czy istnieje granica, której aktualna debata dotycząca naszego wpływu na środowisko nie odważy się już przekroczyć. Trudno również narazie stwierdzić czy szwedzka fala wstydów jest tylko chwilowym trendem, o którym niebawem nikt już nie będzie pamiętał, czy też faktycznie może zapoczątkować trwałe zmiany w myśleniu ludzi. Tym, co na pewno można w tej chwili zaobserwować, jest w każdym razie popularność jaką flygskam zyskało nie tylko w samej Szwecji, ale
również poza jej granicami. Nie da się ukryć, że słówko to stało się pewnego rodzaju szwedzkim towarem eksportowym. Jego odpowiedniki pojawiły się w wielu językach, np. w islandzkim (flugskömm),
niemieckim (Flugscham), holenderskim (vliegschaamte), czy wreszcie angielskim (flight shame). Być może stoi za tym nadzieja, że większej grupie łatwiej udźwignąć tę potężną ilość wstydu…

Autor: Agnieszka Bień